Banalność antropocenu // Aleksandra Kil

Tekst jest relacją ze spotkania wokół książki D. Jamiesona i B. Nadzam Love in the Anthropocene (wyd. OR Books, New York-London 2015), które odbyło się 27 kwietnia 2016 w księgarni Labirynth Books w Princeton, USA.

Dale Jamieson,  profesor filozofii zajmujący się problematyką degradacji środowiska i zmiany klimatu, poruszony tempem zachodzących zmian, postanowił napisać kolejną pracę o antropocenie. Tym razem jednak sięgnął po inny gatunek niż typowa, akademicka proza. Jak tłumaczył podczas spotkania autorskiego w kameralnej princetońskiej księgarni, zmiana klimatu to temat wymagający nie tylko rzeczowych artykułów czy szczegółowych wykresów, ale poruszających historii. Jedną z nich ma być Love in the Anthropocene – niewielki tom, nad którym Jamieson pracował razem z powieściopisarką Bonnie Nadzam. W pięciu opowiadaniach i dwóch esejach (otwierających i zamykających książkę) zaprezentowali wizje niezbyt odległej przyszłości, którą przyniesie nam globalne ocieplenie. Ludzkość, co wcale nie jest takie oczywiste, wprawdzie nie wyginie, ale przetrwanie stanie się możliwe dzięki koniecznym zabiegom adaptacyjnym (nowej architekturze, inżynierii, diecie).

 
IMG_3581

Prof. Dale Jamieson (po prawej) oraz Eben Kirksey

„Antropocen” można uznać za określenie, w którym zawiera się diagnoza naszej współczesnej (oraz prognoza przyszłej) postludzkiej i postnaturalnej kondycji. W dyskursie humanistycznym pojęcie to (wraz z kilkoma mutacjami, m. in. kapitałocen czy anthrobscene, chthulucene) zrobiło już niemałą karierę, której dalsze losy nie wydają się wcale uzależnione od wciąż oczekiwanej oficjalnej decyzji Międzynarodowej Komisji Stratygrafii, rozważającej zasadność wprowadzenia antropocenu jako pełnoprawnego terminu naukowego, nazywającego kolejną po holocenie epokę geologiczną.

Jamieson i Nadzam, podejmując problem „miłości w czasach antropocenu” (oba tytułowe człony uznając za koncepty równie niejednorodne i wielopostaciowe), potraktowali temat zmian klimatycznych i ich dalekosiężnych  konsekwencji jako zagadnienie etyczne (podobnie myślą także choćby Joanna Żylińska, autorka Minimalnej etyki na czasy antropocenu, czy Roy Scranton, weteran wojny w Iraku i doktorant Uniwersytetu w Princeton, autor tekstu Learning How to Die in the Anthropocene). Jamieson i Nadzam w eseju wieńczącym książkę przekonują, że miłość urzeczywistnia się w świecie, w którym może się zrealizować prawdziwe uznanie innego, a nie samolubny narcyzm, żywiący się jedynie ekstensjami samego siebie i projekcjami własnych pragnień. Dlatego też transformacja przyrody, którą znamy, w jej antropoceniczną wersję – przetworzoną, zarządzaną przez człowieka, ujarzmioną, pozbawioną właściwie nieprzewidywalności – stwarza relacjom miłosnym zupełnie inne, niedogodne, a przede wszystkim wciąż niejasne dla nas warunki. To one właśnie stają się przedmiotem namysłu autorów – badają je w spekulatywnymi futurologicznym trybie, wyostrzając niektóre zjawiska i nastroje, znane nam dobrze już dziś. Same relacje miłosne uznają chyba za mniej „zmiennokształtne”. Próbują oczywiście pokazać je z wielu stron (miłość do natury, miłość erotyczna, przyjacielska, rodzicielska, miłość do zwierząt, cyberseks, miłość z robotem), ale ich istota nie podlega wyraźnym przekształceniom. Nadal do jej opisu można wykorzystywać cytaty z Beatlesów, świętego Pawła czy Iris Murdoch.

Opowiadania Jamiesona i Nadzam z rozmysłem nie uderzają w apokaliptyczne tony (najczarniejsze są historie Carbon i Holiday, z których wyłaniają się obrazy obozów uchodźców klimatycznych, nowych nierówności i polityki przypominającej apartheid). Jamieson woli mówić raczej o „banalności zmiany klimatu” zamiast odwoływać się do katastrofizmu. (Przewrotna zatem okazała się dedykacja, którą otrzymałam na swoim egzemplarzu książki – w pośpiechu Jamieson zapisał „For Alekasandra”. Trudno w tym kontekście o bardziej znaczącą literówkę).

 
IMG_3599
 
Prezentowana w tomie sceneria antropocenu jest kombinacją jeszcze nowocześniejszych technologii (bezszynowe pociągi, ubieralne narzędzia wirtualnej rzeczywistości, humanoidalne roboty, które trudno odróżnić od człowieka i które pracują jako prostytutki), nowego budownictwa (sztuczne wyspy i nabrzeża, miasta-oazy w środku rozgrzanej pustyni), chemicznie produkowanego jedzenia, ekskluzywnych parków naturalnych, w których za tysiąc dolarów dziennie można łapać na wędkę prawdziwą rybę, wymierających gatunków (Anita z opowiadania Zoo jest przedostatnim tygrysem na Ziemi). Trudno nie zauważyć też, że w każdym opowiadaniu ktoś z nostalgią wspomina dawne, utracone już smaki czy zapachy. Tęskni za nimi, ale nie tylko ze względu na odniesienie do szczęśliwych czasów i miejsc, z której te „prawdziwe” aromaty pochodzą (do zostawionych daleko w rodzinnym kraju bliskich, do dzieciństwa, w którym jeździło się na ryby z dziadkiem). Zmiana klimatu, jak sugerują Nadzam i Jamieson, działa na nas na poziomie cielesnym, organicznym, bo nie sposób oddzielić od natury naszych ciał, „którymi kochamy i których używamy do prowadzenia na pierwszą randkę do kina, to tańczenia walca na wypastowanym parkiecie, do ustąpienia miejsca starszej pani w metrze” (Love in the Anthropocene, s. 18).

Podczas dyskusji (na którą nie przyjechała Nadzam, a rozmówcą Jamiesona był inny uczony piszący o antropocenie, Eben Kirksey) padały pytania dotyczące wyboru literackiej fikcji jako środka wyrazu dla filozofa. Zgromadzoną publiczność, której zapewne większa część stanowiła uniwersytecka kadra naukowa i studenci, frapowało to „wyjście z akademickiej strefy komfortu” (Jamieson przez trzydzieści lat pisywał teksty naukowe, ta książka jest zatem w pewnym sensie jego debiutem). Dopytywano też chętnie o współpracę z pisarką i pracę w duecie, a także o próby dotarcia do nieakademickich odbiorców. Zainteresowanie głównie warsztatem i kulisami powstawania pracy sprawiło chyba, że spotkanie toczyło się w spokojnej atmosferze, nieprzerwanej ani razu żadnym nerwowym czy choćby pełnym troski pytaniem o naszą przyszłość w zmienionych warunkach, o nowy klimat dla miłości. Być może świadczy to tylko o zachowawczości akademickiej publiki albo też o tym, że globalne ocieplenie, wylesianie i wymieranie gatunków nie wydają się nam (na razie) potworne ani paraliżujące. Proza Jamiesona i Nadzam, jak wiele innych utworów tzw. clifiction, szykuje nas do przystosowania się do życia po katastrofie. Jako że autorzy mogą tylko przypuszczać, jak poważne będą to zmiany, ich natężenie i dotkliwość są nierównomiernie rozmieszczone w różnych opowiadaniach (świat z Zoo wydaje się dużo bardziej znośny niż choćby z opowiadania pt. Carbon). Adaptacja to, jak chcą niektórzy, trzecia fala dyskusji nad zmianą klimatu i właściwy kierunek, który powinniśmy obrać, wiedząc już, że opłakanych dla bio- i geosfery skutków naszej działalności nie da się zatrzymać. Brace yourself, climate change is coming!

 
fotografie wykorzystane we wpisie: Aleksandra Kil